Louboutine i jego czerwona podeszwa

Louboutine i jego czerwona podeszwa

Louboutine, czyli spór o czerwoną podeszwę    


Po raz kolejny, czerwona podeszwa stała się kością niezgody pomiędzy słynnym francuskim projektantem butów, a innym producentem. Tym razem w sprawie pojawił się polski akcent w postaci opinii rzecznika generalnego Trybunału Sprawiedliwości, Macieja Szpunara.

Widzieliście kiedyś wazony Rosenthala? Wiele z nich produkowanych jest z białej porcelany, nie mają one żadnych wzorów. Dlaczego jednak są tak wyjątkowe? Chodzi o kształt. Zwykła, biała, niczym niewyróżniająca się porcelana zaczyna się wyróżniać, dzięki fantazyjnym pomysłom. Jednym z moich faworytów jest wazon w kształcie pogniecionej papierowej torby. Chętnie postawiłabym go u siebie w domu.

W przypadku butów, które wychodzą na nogach przeszczęśliwych właścicielek z salonów Christiana Louboutina, wabikiem i najsłynniejszym elementem jest czerwona podeszwa. Projektant zastrzegł ją jako znak towarowy i od tego czasu systematycznie walczy z innymi producentami, którzy próbują wykorzystać ten sam element w swoim obuwiu. Tak jest też w sprawie toczącej się przeciwko Van Haren Schoenen BV. Pozwany przyjął linię obrony, według której sporny znak towarowy nie chroni tak naprawdę kształtu, w jego trójwymiarowym znaczeniu, a jest jedynie dwuwymiarowym znakiem towarowym, jak to się akurat zdarzyło – czerwonym, który po naniesieniu na podeszwy butów sprawia, że stają się one horrendalnie drogie. Trzeba przyznać, że producent dobrze wczytał się w Dyrektywę Parlamentu Europejskiego i Rady 2008/95/WE z dnia 22 października 2008 r.. W artykule trzecim zapisano zakaz rejestracji lub unieważnienie zarejestrowanych oznaczeń, które składają się wyłącznie z kształtu zwiększającego znacznie wartość towaru. Sąd w Hadze skierował pytanie prejudycjalnie do Trybunału – czy pojęcie „kształtu” w rozumieniu tegoż przepisu ograniczone jest do cech trójwymiarowych towaru, takich jak kontur, rozmiar i objętość, czy odnosi się też do cech takich jak kolor?

Celem omawianego przepisu jest prawidłowe działanie rynku. Jeśli bowiem tylko jeden producent, mógłby produkować element, który pozwala mu wywindować cenę, mogłoby to prowadzić do rynkowego monopolu. Jak zauważył rzecznik, „obecność koloru naniesionego na element powierzchni towaru może być uznana za cechę odzwierciedloną w kształcie towaru. /…/ kolor może stanowić istotną cechę funkcjonalną danego towaru, tak że zmonopolizowanie koloru w związku z elementem kształtu towaru uniemożliwiłoby konkurentom swobodne oferowanie produktów posiadających tę samą funkcjonalność”. Takie sformułowanie prowadzi to tego, iż podeszwy Louboutina można badać pod kątem przedmiotowego przepisu. A w związku z tym stwierdzić można, że skoro czerwona podeszwa pozwala na zarobienie bajecznych pieniędzy, nie można przyznać praw do niej tylko jednemu producentowi (bo przecież wszyscy powinniśmy być tak samo bogaci!). Maciej Szpunar sugeruje sądowi, że znak towarowy może podlegać zakazowi z dyrektywy, jednocześnie jednak we wnioskach stwierdzając, iż „stosowanie tego przepisu nie jest uzasadnione, kiedy omawiana korzyść wynika nie z właściwości nierozerwalnie związanych z kształtem, lecz z reputacji znaku towarowego lub jego właściciela. Możliwość nabycia takiej reputacji stanowi bowiem istotny aspekt w grze konkurencyjnej, do której utrzymania przyczynia się system znaków towarowych”.

Rozwiązanie, które sugeruje więc rzecznik generalny, jest nieco otwarte do interpretacji, ale sugerujące by opowiedzieć się po stronie firmy Van Haren. Tu pojawia się moja wątpliwość – rzecznik postrzega największą wartość butów Louboutina w fakcie posiadania przez nie czerwonej podeszwy, ja myślę, że w dalszym ciągu to renoma producenta ma kluczowe znaczenie. Renoma ta jest tak istotna, że wszyscy pragną czerwonych podeszw. Jeśli spojrzeć na to z punktu widzenia logiki standardowej kobiety (umówmy się przez moment, że logika to nasz główny motor działania, jeśli chodzi o modę), trzeba stwierdzić, że każda posiadaczka Louboutinów ma świadomość, że panie idące za nią skręcają się z zazdrości. Ale bynajmniej nie myślą „no fantastyczna ta czerwona podeszwa. No taka jest czerwona i w ogóle”, tylko raczej „O słodki Jezu, Louboutiny”. Czerwona podeszwa nie jest w tym wypadku wartością samą w sobie (chyba, że komuś nie przeszkadzają podróbki) – jest znakiem rozpoznawczym, kojarzącym się właśnie z renomą francuskiego projektanta. Czy więc aby na pewno to kolor pokrywający się kształtem z elementem buta, a nie idące za tą barwą nazwisko powoduje zwiększenie wartości słynnych szpilek? Zobaczymy, co na to Trybunał.

No Comments

Post A Comment