Rozmowa z Natashą Pavluchenko – czym jest inspiracja

Rozmowa z Natashą Pavluchenko – czym jest inspiracja

Czy pojęcie „prawo mody” jest znane polskim projektantom?

Natasha Pavluchenko (dalej NP): Kojarzymy to pojęcie, jednak w Polsce prawo mody jest jeszcze bardzo niedopracowane. Cały czas z tym walczymy i z tego powodu cierpimy. Projektanci dzielą się na tych, którzy sami tworzą i są podrabiani oraz na tych, którzy podrabiają (najczęściej notorycznie). Tej drugiej grupy w zasadzie w ogóle nie nazwałabym projektantami i uważam, że z takim zachowaniem należy wyłącznie walczyć. Prawo mody istnieje, natomiast jest bardzo niedoskonałe, faktycznie nie funkcjonuje.

Często słyszymy, że ktoś się kimś inspirował, a w rzeczywistości okazuje się to być niemalże identycznym projektem. Co Pani sądzi o takim zjawisku?

NP: To się tak ładnie nazywa: „ktoś się kimś zainspirował”. Tak naprawdę uważam, że kopiowanie czyjegoś projektu to zwykła kradzież, taka sama jak kradzież w sklepie czy gdziekolwiek indziej. Minimalna zmiana danego projektu często traktowana jest już jako inny projekt. Sama miałam taką sytuację, kiedy zaprojektowałam sukienkę na swój pokaz, który odbył się na rok przed tym jak kolekcja miała pojawić się w sklepach. Sukienka została podrobiona przez polskie projektantki, zmieniony został w niej tylko dekolt. Materiał, kolor, krój – wszystko inne pozostało identyczne.

Walka o prawa autorskie wymaga zaangażowania funduszy i poświęcenia znacznej ilości czasu, dlatego póki co nie zdecydowałam się na interwencję w tej sprawie. Kiedy jednak moja firma będzie na tyle duża, że będę miała swój własny dział prawny, na pewno  będziemy walczyć z takimi działaniami. I nie będziemy odpuszczać. Niestety dziś takie sytuacje zdarzają się notorycznie, a wielu projektantów nie ma narzędzi ani czasu, by z nimi walczyć.

Dla Pani różnica między inspiracją a plagiatem jest jasna, a jak sprawa wygląda u innych projektantów? Często bronią się oni, że splagiatowali coś nieświadomie.

NP: W dzisiejszych czasach jest już tak ogromne zamieszanie w projektach, że czasem nie do końca wiemy, kto pierwszy dany projekt wykonał. Na własnym przykładzie wiem, jak to się odbywa. Jeśli robię pokaz kolekcji, która będzie dostępna za rok, a ktoś robi kopię projektu i puszcza ją do sprzedaży w tym samym sezonie, to jest dodatkowo nie w porządku, ponieważ zanim ja rozpocznę produkcję tej sukienki, minie jeszcze parę sezonów.

Projektanci z pewnością mają świadomość różnicy między inspiracją i plagiatem. Jeśli widzimy ewidentne kopie, to projektant doskonale wiedział, że zawłaszcza czyjś projekt i podszywa się pod jego autora. Co gorsza, czasem zdarza się, że „projektant” kupuje projekt wykonany przez kogoś innego i również się pod nim podpisuje… to jest dopiero niewiarygodne.

Uważam, że fajnie byłoby stworzyć w Polsce jakąś organizację, stowarzyszenie, które będzie się zajmowało ochroną praw projektantów. Obawiam się, że gdybym chciała rozwiązać jakiś konflikt związany z kopiowaniem projektów i modeli, to nawet jeśli sprawa trafiłaby do sądu, ciężko byłoby znaleźć biegłego z gruntowną wiedzą na temat istoty sporu.

Kolejnym problemem jest to, że projektantów nie stać na to, by zastrzegać prawa do każdego ze swoich projektów. Wiąże się do z ogromem formalności i inwestycją funduszy. Jeśli np. chcielibyśmy rejestrować każdy projekt w OHIM w Alicante (przyp. red. The Office of the Harmonization in the Internal Market, gdzie rejestruje się wspólnotowe znaki towarowe), to się najprawdopodobniej nie utrzymamy na rynku. Branża modowa i jej infrastruktura w Polsce na tyle jeszcze kuleje, że nie jesteśmy w stanie dźwigać na własnych plecach tego typu spraw. Duże koncerny mogą sobie na to pozwolić, ale pojedynczy projektanci nie mają takich możliwości.

Duże koncerny modowe walczą natomiast z sieciówkami, które notorycznie zawłaszczają sobie ich projekty.

NP: Dokładnie tak. Teraz mogę śmiało powiedzieć, że marka typu Zara nieustannie kopiuje projekty innych marek i projektantów, a do tego ubrania wykonuje z potwornie złej jakości materiałów. Odbywa się to w ekspresowym tempie, na co nie mogą sobie pozwolić mniejsze marki. Projektanci, czy są to niszowe przedsięwzięcia, czy są to już wielkie koncerny, zajmujące się uczciwą pracą w branży modowej, posiadają własne wzorcownie, w których opracowują projekty. Projekt przechodzi przez całą procedurę: od momentu narysowania szkicu do wprowadzenia go w życie jest wiele etapów przejściowych. W pierwszej kolejności we wzorcowni tworzona jest konstrukcja i pierwowzór projektu. Potem przeprowadzamy przymiarki, testy prania, sprawdzamy, czy produkt jest dobry. Następnie nanosimy poprawki, przygotowujemy pierwowzór na nowo, wprowadzamy go do produkcji, a dopiero później do sprzedaży. Cała procedura jest bardzo czasochłonna. Uważam, że utrzymanie wzorcowni jest największą wartością projektanta. Ja również taką posiadam, z czego jestem niezwykle dumna.

Marka typu Zara albo inni „inspirujący się” projektanci kupują już gotowe projekty albo je po prostu kopiują, pomijając wszystkie procesy produkcyjne i przygotowawcze, o których wspominałam. Na dodatek dzięki tym uproszczeniom mogą sobie pozwolić na niższą cenę, zwłaszcza jeśli jest to duży koncern. To jest bardzo przykre i bardzo nie w porządku.

Jeden z większych projektantów powiedział, że w zasadzie jak ktoś ma go kopiować, to woli żeby to była sieciówka, skąd ubrania trafiają do innej klienteli, niż inni znani projektanci, na tym samym poziomie. Zgadza się Pani z tym?

NP: Ja bym wolała, żeby nikt nikogo nie kopiował. Żal mi jest projektantów, którzy nie mają własnej wyobraźni i kopiując kogoś zabierają sobie najpiękniejszą część tego zawodu: kiedy się tworzy, kiedy powstaje kolejne „dziecko”, nowy model, który cieszy się zainteresowaniem, a kobiety dobrze się w nim czują. Wtedy nasza twórczość powoduje pozytywne emocje. Kiedy to jest suche kopiowanie, to nie ma żadnego wkładu twórczego . Projektowanie mody jest zawodem artystycznym. Jeśli projektant nie przeżywa tych pozytywnych emocji związanych z tworzeniem, to przestaje być artystą.

Uważam, że w Polsce należy zmienić mentalność i spojrzenie na zakupy. W tej samej cenie co w sieciówce możemy kupić rzecz od polskiego projektanta, która nie jest produkowana masowo i jest nieporównywalnie lepszej jakości. Jest na rynku sporo projektantów polskich, którzy mają ubrania w przystępnych cenach. Ja na przykład, jak większość marek, produkuję trzy linie ubrań: najdroższą Haute Couture, którą tworzą indywidualne projekty, szyte wyłącznie na zamówienie, Limited, na którą składają się limitowane serie, również skomplikowane rzeczy, z drogich materiałów w niszowych ilościach, oraz Basic. Ostatnia z nich jest właśnie tą najbardziej dostępną. Dla przykładu, mój longsleeve kosztuje 189 zł, więc kosztuje tyle co koszula w popularnej sieciówce. Ma absolutnie genialną jakość, jest całkowicie autorski, zaprojektowany i wyprodukowany w Polsce, a nie szyty masowo, w nieokreślonych warunkach. Co prawda na metce ubrania z sieciówki może być napisane, że materiał to 100% bawełny, ale często mija się to z rzeczywistością. Pamiętajmy, że wiele materiałów jest rakotwórczych, często ludzie nie zdają sobie sprawy, z czego zrobione są ich ubrania. Zawsze powtarzam, że rzeczy produkowane masowo zawsze należy wyprać przed pierwszym założeniem – a dotyczy to w szczególności ubranek dla dzieci.

Jak produkowane są Pani ubrania?

NP: Trzeba wspierać polski rynek. Moja marka współpracuje wyłącznie z polskimi szwalniami, chociaż zapewne taniej byłoby wysłać dany projekt np. do Chin. W takiej sytuacji nie miałabym jednak żadnego wpływu na to, jak dany projekt zostanie wykonany. Poza tym sprzeciwiam się zlecania pracy komuś, kto wykorzystuje pracę dzieci. W Polsce mamy świetnych krawców i producentów tkanin. Wszystkie dżerseje mojej marki produkowane są w Polsce i są w zasadzie niezniszczalne. Mamy rzecz, które można nosić latami, wiem, że to są rzeczy dobrej jakości.

A od kogo Pani czerpie inspiracje?

NP: Jeśli inspiruję się czyjąś twórczością, to jej całokształtem, ale zupełnie nie ma to odbicia w konkretnych projektach. Inspirowanie się twórczością innego człowieka polega według mnie na tym, że cały czas dążymy do tego, żeby wykonywać rzeczy na takim samym poziomie. Dla mnie absolutnie genialnym projektantem jest Yohji Yamamoto, absolutny mistrz konstrukcji. Inspirować się jego twórczością to znaczy inspirować się podejściem przy tworzeniu kolekcji – rozwojem własnej wiedzy, doświadczeniem w pracy z szablonami i konstrukcjami. Na tym polega inspiracja.

Czasami, jeśli jesteśmy kimś bardzo zainspirowani, nieświadomie możemy zrobić coś podobnego. Jednak wypuszczając kolekcję na wybieg doskonale widzimy jak wyglądają nasze projekty – w tym momencie po prostu nie można nie zauważyć, że coś jest łudząco podobne do projektu innego projektanta. Zdarzyło mi się raz, parę lat temu, podczas przymiarek przed pokazem, że jedna z moich sukni była łudząco podobna do kreacji Dawida Tomaszewskiego (którego absolutnie uwielbiam i bardzo cenię jako projektanta i kolegę z branży). Kompletnie mnie to zaskoczyło, ponieważ nieświadomie zrobiliśmy bardzo podobne projekty – ale moja decyzja mogła być tylko jedna: suknia została natychmiast usunięta z kolekcji.

Czasem są też projekty, jak np. „mała czarna”, kiedy w zasadzie nie sposób dojść do tego, kto pierwszy ją wymyślił.

NP: To racja, pomysłodawca „małej czarnej” w ogólnym pojęciu jest nie do określenia. Natomiast projektant interpretuje tą małą czarną na swój sposób. Są „projektanci”, którzy wezmą małą czarną Coco Chanel, zrobią w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach taki sam projekt i wszyją swoją metkę. Są jednak projektanci, którzy zaprojektują swoją małą czarną, czyli od podstaw stworzą swoją wizję kobiety w małej czarnej. Taka sukienka będzie miała innowacyjną konstrukcję, proporcje, długości. To są dwie zupełnie różne rzeczy.

Czy prowadzenie marki Natasha Pavluchenko jest tylko na Pani głowie, czy korzysta Pani z pomocy profesjonalistów?

NP: Prowadzenie marki modowej to potężne przedsięwzięcie. Uważam, że jesteśmy jedną z niewielu marek w Polsce, które mają to wszystko dość dobrze zorganizowane. Najwięcej problemów jest ze znalezieniem odpowiednich ludzi, brak jest specjalistów. Wiele osób szkolimy pod kątem naszej firmy, mamy już silną ekipę, dobrze obsadzone stanowiska, jednak wciąż nad wszystkim muszę czuwać. Projektant musi potrafić pracować na każdej płaszczyźnie, zaczynając od ekonomicznej, przez twórczą, a na produkcyjnej kończąc. Musi panować nad całością. Bardzo ważnym elementem marki modowej jest agencja PR. Można powiedzieć, że to połowa sukcesu. Ja mam to szczęście, że współpracuję z osobą, którą znam już dziesięć lat, i choć na gruncie profesjonalnym współpracujemy od niedawna, to efekty są widoczne.

Mówi się, że młodzi ludzie uciekają z Polski, bo nie mogą znaleźć tu pracy. W moim odczuciu często jest tak, że uciekają, bo są leniwi. Młodzi ludzie są świadomi swoich praw wynikających z prawa pracy, przez co zdarza się, że nadzwyczaj często chorują… chorobliwe to młode społeczeństwo. Zdarza się, że na okresie próbnym ktoś jest wyraźnie zaangażowany, jednak jego zaangażowanie widocznie spada z chwilą zawarcia umowy o pracę. Młodzi ludzie powinni mieć więcej chęci rozwoju i ambicji.

Czy korzysta Pani z tzw. product placement, czyli lokowania produktu? Czy uważa Pani, że jest to korzystne dla marki?

NP: Uważam, że jest to bardzo korzystne dla marki, jednak wszystkie takie działania powinny mieć odpowiednią strategię. Istnieją showroomy, w których znajdują się ubrania danych projektantów, po które zgłaszają się styliści, aktorzy czy celebryci. W moim przypadku ostatecznie to ja podejmuję decyzję, kto pokaże się w moich projektach. Są marki, które mają strategię „im więcej tym lepiej”. Ja stawiam na jakość i osobowość kogoś, kto będzie pokazywał się mojej kreacji. Od niedawna ambasadorką mojej marki jest Patrycja Piekutowska, światowej sławy skrzypaczka, która koncertuje na całym świecie. Ostatnio dała już dwudziesty dziewiąty koncert w Sao Paulo. Jest to dla mnie absolutna klasa, a sztuka, którą wykonuje, oraz ludzie, do których ona dociera, są spójne z filozofią mojej marki. Dla mnie nie jest priorytetem, aby na ostatniej stronie kolorowej gazety pani X pokazała się w mojej kreacji, co spowoduje masową sprzedaż moich projektów.

Jaka jest w takim razie filozofia marki Natasha Pavluchenko?

NP: Bardzo cenię sobie ponadczasowość kolekcji, różne sposoby stylizacji, dzięki któremu ubrania mają swoje „wcielenia”, czasem zupełnie zaskakujące. Staram się z klientkami opracować sposób własnej stylizacji dla danej rzeczy. Dorota Wróblewska, którą mogę nazwać moją modową matką chrzestną, weryfikuje moje pomysły modowe i dzięki niej idę cały czas torem, którym powinnam iść. Zdarzają się czasami kuszące propozycje, z których jednak nie zawsze warto korzystać. Cieszę się, że nauczyłam się słuchać Doroty, bo zazwyczaj było tak, że kiedy nie posłuchałam jej rady, popełniałam ogromne błędy. Właśnie z Dorotą Wróblewską wymyśliłyśmy niedawno akcję, w której pokazujemy, jak można nosić jedną sukienkę na różne sposoby. Moja filozofia jest prosta: nie przepełniamy własnej szafy, kupujemy bardziej wartościowe rzeczy, lepszej jakości, ale w mniejszych ilościach. Nie kupujmy pięciu sukienek po 229 zł, za to kupmy jedną porządną za 800 zł, która z pewnością będzie nam dłużej służyć. Jak przeliczymy ile wydajemy na „jednorazowe” ubrania, które nie będą się do niczego nadawały już po pierwszym praniu, okazuje się, że bardziej opłacalne jest kupienie droższej rzeczy, która posłuży na lata. Podobnie jest z dżersejowymi rzeczami. Ludzie są przyzwyczajeni, że materiały się „peelingują”, a prawda jest taka, że dobry materiał nigdy nie powinien się w ten sposób zachować.

W tej chwili moda wraca do jakości, do dobrego kroju, do tradycji dobrych tkanin. Odchodzi się od tzw. szarych dresów, za to znów stawia się na porządne rzeczy. Przypomnijmy sobie, jak ubierały się nasze babcie, miały zaledwie kilka rzeczy w szafie… Używały swojej wyobraźni i potrafiły ubrać się tak, że zawsze wyglądały pięknie.

Jakie niespodzianki modowe szykuje Natasha Pavluchenko?

NP: W tym roku otwieram swój pierwszy flagowy showroom w Warszawie. Ładny, duży, z ekipą profesjonalną we wszystkich aspektach: sprzedaży, stylizacji i pracy nad wizerunkiem. Mamy też jubileusz. Jestem w Polsce już 10 lat, więc w tym roku odbędzie się huczny pokaz w imponującym miejscu. Jednak więcej szczegółów na razie nie zdradzam!

Wywiad przeprowadziła Aleksandra Idzik

No Comments

Post A Comment